Ania Jędrych

01.12.2007

Kilka słów ode mnie. Jeśli chodzi o moją szkołę, to jest ok. Wykładowców też mam w porządku. Dwie Polki, z którymi byłam w grupie, a które już skończyły, też wyjechały do Australii korzystając z Waszej pomocy :)

Przesyłam zdjęcia z miejsca, w którym byliśmy pod koniec października, podczas weekendu. Generalnie jechaliśmy do Hunter Valey, ale zatrzymaliśmy się kawałek dalej. No i muszę powiedzieć, że mnie to obezwładniło. Zdjęcia przedstawiają m. in. Domek - nasz wiejski, mały, w którym przyszło nam żyć, ale obawiam się, że nie oddają one tego, co ukazało się naszym oczom, kiedy przybyliśmy na miejsce.


Domek nie dość, że miał 200 metrów powierzchni użytkowej, to jeszcze był kompletnie wyposażony we wszystko. Łącznie ze stołem bilardowym, stołem do ping-ponga, wanną typu spa i płytami kompaktowymi, wskazującymi na niezłe zainteresowania muzyczne właścicieli. Do naszej dyspozycji były naczynia, mikrofale, sprzęt grający, suszarki do włosów, no wszystko i wszystko czyste, działające i nowe. Oczywiście na tarasie (wielkości molo) stał grill wielki jak stodoła. A wszystko to w środku niczego, czyli lasu. Jak zapadała ciemność słyszało jak różne dziwne budzą się do życia. Było tylko słychać jak coś przelatuje. Kangury podchodziły pod sam dom. I nie takie jak w zoo, tylko dzikie. Czad.