Marek Kalinoski

Witam wszystkich zainteresowanych, Kilka słów ode mnie. Wybrałem Australię, bo chciałem podszkolić język angielski, ukończyć ciekawą szkołę, poczuć smak ciepłej zimy, spotkać nowych innych ludzi, zobaczyć odległe miejsca itp. Samą drogę na ten kontynent można sobie bardzo urozmaicić, już przy niewielkich dodatkowych kosztach. 1 1/2 roku spędzone na Antypodach pozwoliło mi spojrzeć na świat z nowej perspektywy, zobaczyć świat innymi oczami. I ten świat jest piękny. Na pytanie, czy warto było, odpowiadam: "Wyjazd do Australii był jedną z najlepszych decyzji w moim życiu i z ogromną radością wracam tam ponownie."


Uzyskanie wizy studenckiej wymaga trochę przygotowań. W moim przypadku wszystkim zajęło się biuro Surfers Paradise. Ja tylko musiałem zrobić badania medyczne w wyznaczonych przez ambasadę placówkach w Warszawie (zostałem umówiony na wizytę). Jeśli komuś z jakichś powodów jest wygodniej zrobić to gdzie indziej to oczywiście może - w Krakowie, Szczecinie, Poznaniu, Białymstoku lub Gdańsku. Należy iść na RTG klatki piersiowej i złożyć wizytę u internisty. Formularze do badań dostałem w biurze Surfers Paradise - badania wykonałem dopiero wtedy, gdy Monika wystąpiła w moim imieniu o wizę, ponieważ został mi nadany specjalny numer, który należy wpisać w tym formularzu. Z tego co wiem odmowy wiz studenckich należą do rzadkości. Oczywiście trzeba posiadać papier ze szkoły w Australii stwierdzający naszą wpłatę i datę rozpoczęcia kursu. Możemy opłacić tylko pierwszy semestr nauki, a ubiegać się o wizę na rok lub dwa, za resztę zapłacimy już na miejscu, przed rozpoczęciem kolejnego semestru. W przeciwnym wypadku będziemy przedłużać wizę na miejscu, co oznacza ponowną wpłatę za wizę, a te do tanich nie należą. Wyjechać wcześniej z Australii i tak możemy bez żadnych konsekwencji. Dobrym rozwiązaniem dla par i małżeństw jest tzw. "dependent visa", gdzie tylko 1 osoba (mąż lub żona, narzeczony lub narzeczona lub zwyczajnie chłopak lub dzieczyna) podejmuje naukę, a pracować mogą oboje - jest to spore ułatwienie. Musicie udowodnić, że jesteście ze sobą od dłuższego czasu, minim roku chyba i to nie z przypadku (dokumenty potwierdzajace ten fakt to np. wspólne konto bankowe czy wspólnie wynajmowane mieszkanie). Biuro Surfers Paradise informowało nas skrupulatnie jakich dokumentów potrzebują i jak ma cała dokumentacja wyglądać. Przesłałem do biura kilka tych wymaganych dokumentów i wszystko zostało wykonane za mnie, a wizę otrzymałem w przeciągu kilku dni od złożenia wniosku (dodam, że ambasada australijska ma na rozpatrzenie wniosku dwa tygodnie - ja jednak dzięki zleceniu zrobienia tego Surfers Paradise miałem to wykonane w ciągu kilku dni, a wiecie dlaczego? - oni naprawdę wiedzą co robią i znają wszystkie procedury, wiedzą jakie dokumenty są potrzebne, aby wszystko poszło szybko i sprawnie tak jak to było w moim przypadku, ale tak ogólnie to lepiej nastawiać się raczej na te dwa tygodnie - bo lepsze jest miłę zaskoczenie niż rozczarowanie, że jednak dłużej idzie. Ja zwyczajnie miałem szczęście i nie musiałem się zbyt długo stresować :)). Tak więc wszystko możemy załatwić bez wizyty w stolicy, my nie przyjeżdżaliśmy i tak wszystko mieliśmy załatwione!!! Jestem pewien, że bez pomocy biura Surfers Paradise byłoby z tym ciężko ale udało się!!! Wiem, że mają ogromną skutecznośc w wizach i to także w tych dependent dlatego warto skorzystać z ich pomocy!!! Wiele osób już się o tym przekonało i chwalą sobie. Ja działałem z polecenia znajomych dlatego wiedziałem co robię i wiem jak ważne jest przekazywanie tych informacji dalej żeby inni też mogli sie o tym przekonać i nie stresować sie zupełnie bez sensu załatwianiem formalności na własną rękę lub przez jakieś niesprawdzone źródła!!! W Warszawie opłata za wizę studencką wynosi 1140 zł, a badania lekarskie 230 zł. Jeżeli ktoś zdecyduje się już na wizę studencką, należy zastanowić się nad rodzajem kursu oraz wybrać odpowiednią szkołę w tym także pomaga biuro Surfers Paradise i naprawdę szczerze im za to dziękuję - dzięki nim nauka sprawiała mi wiele radości, studiowałem to co mnie naprawdę interesowało i jestem naprawdę zadowolony. Nie wiem czy byłoby tak gdybym działał na własną rękę. Na miejscu, w Australii, okazało się, że szkoły którymi przed wyjazdem byłem zainteresowany, bo wszystko pięknie wygladało w broszurach i na stronach internetowych - okazały się naprawdę mało ciekawe. Jask korzystacie z pomocy biura, które specjalizuje się w wyjazdach do Australii, a ludzie, którzy tam pracują sami byli na takich warunkach w Australii , też sie uczyli i pracowali to wiesz, że pomogą Ci w wyborze szkoły bo naprawdę wiedzą o czym mówią opowiadając o wyjeździe. Wiem też, że oni latają do Australii regularnie i sprawdzają te szkoły sami co jest naprawdę istotne bo znają realia. Ja nie mogłem trafić lepiej :)
Najbardziej popularne są kursy informatyki, marketingu i zarządzania, bankowości, turystyki lub po prostu kursy języka angielskiego. Można znaleźć tańsze i droższe, tyle że na rynku szkół panuje ta sama zasada jak w biznesie - odpowiednia jakość za odpowiednie pieniądze, masz to, za co płacisz. Nie ma żadnych ograniczeń wiekowych. Niektóre szkoły (mam tu na myśli college i uniwersytety) wymagają jakiegoś zaświadczenia o znajomości języka angielskiego (ukończenie kursu, państwowy egzamin), inaczej sugerują wcześniejsze wykupienie kursu językowego, zależnie od poziomu kandydata. Ja wybrałem inną opcję - napisałem test z języka angielskiego w biurze Surfers Paradise, zakwalifikowałem się i dzięki temu sporo zaoszczędziłem. Oprócz opłaty za kurs, doliczyć należy wpisowe do szkoły 150 - 200 AUD oraz ubezpieczenie 350 - 370 AUD na rok. Moja szkoła oferowała różne kursy, ja wybrałem "Travel & Tourism". Jeśli jednak uczymy się tego, co nas interesuje, tak jak turystyka w moim przypadku, to uczęszczanie na zajęcia może okazać się przyjemnością. College to także okazja do ciekawych spotkań towarzyskich, rozszerzanych zwykle do kontaktów pozaszkolnych, pozwalająca poznać osobowości, tradycje i kulturę ludzi z różnych części świata. Najważniejsze pytanie, jakie musimy sobie zadać: czym dla nas jest szkoła? Nie ma co ukrywać, że dla większości studentów kurs jest tylko możliwością legalnego przebywania na Antypodach. Szczerze mówiąc dla mnie też szkoła była tylko pretekstem, aby tam pojechać. Ale cieszę się, że się czegoś nauczyłem i będę mógł to wykorzystać w przyszłości, nie musiałem też spędzać wielu godzin na naukę w domu, tak jak to miało miejsce podczas studiów w Polsce. Jeśli jednak nauka jest naszym priorytetem, to idźmy na uniwersytet lub do droższego collegu. Przy wyborze odpowiedniej szkoły na pewno pomoże Wam Surfers Paradise. (...) Jedyny wymóg Biura Imigracyjnego wobec studentów międzynarodowych w Australii to min. 80% frekwencja na zajęciach (zwykle 16 godz. z 20 tygodniowo, ale niektóre szkoły mają więcej zajęć w tygodniu, zwłaszcza językowe, ważne jest 80% frekwencji), podejście przynajmniej do 2 egzaminów na "term" oraz maksymalnie 20 godz. legalnej pracy tygodniowo w czasie nauki oraz bez ograniczeń podczas wakacji. Australia jest aż tak daleko, że dostać się tam możemy na różne sposoby, gdyż nie ma lotu bezpośredniego z Polski. Tańsze ceny przewoźników wahają się w granicach 4500 - 5000 zł w obie strony (oczywiście przy dużo wcześniejszym zarezerwowaniu), ale przy odrobinie szczęścia możemy trafić na jakąś dodatkową promocję. Ja miałem naprawdę dobrą cenę biletu lotniczego - taką, Surfers Paradise stanął na wyskości zadania. Dzięki dbałosci i wcześniejszej rezerwacji przez nich cena biletu była naprawdę sporo niższa. Decydując się już na wyjazd do szkoły, jednym z podstawowych pytań będzie - gdzie? Przedstawię krótką charakterystykę najważniejszych australijskich miast. Otóż moim zdaniem Cairns to bardzo ładne, turystyczne miasteczko, zawsze żywe i pełne turystów. Osobiście polecam Sydney, ale to pod warunkiem, że lubisz wielkie kosmopolityczne metropolie. Wybór kursów jest spory, od tanich po drogie (czyli zależy, czy chcesz się uczyć czy tylko mieć wizę). Praca to pole do popisu, jest, no i do wyboru, nie tylko jako sprzątacz pokoi hotelowych, kelner lub zmywacz naczyń. Z czasem coś lepszego się znajdzie, często dzięki dużej ilości studiujących tu Polaków, a znajomości nigdy nie za wiele. Ceny wynajmu i utrzymania się nie są najgorsze, adekwatne do zarobków, pogoda jest rewelacyjna. Ja po prostu uważam, że duże miasto to duże możliwości, nigdy się nie nudzisz, a w piękne pustynne tereny jest zaledwie parę godzin jazdy. Oczywiście pieniądze na palmach nie rosną, ale jak się czegoś chce, to można tutaj coś osiągnąć. Perth - duże miasto i jest tam bardzo ciepło, a poza tym - jedyne miasto w Australii gdzie komunikacja miejska w obrębie miasta dla studentów jest zupełnie darmowa, więc można naprawdę sporo zaoszczedzić. Z opowieści innych wiem na pewno, że utrzymanie w tym mieście jest sporo tańsze - z pracą podobno dużo łatwiej i możliwość wiekszych zarobków niż np. w Sydney. Adelaida - uważana jest za miasto spokojne, ciche, ma swój klimat, jeśli lubisz coś bardziej prowincjonalnego. Melbourne i Brisbane - duże miasta, porównywalnie coś się dzieje jak w Sydney. Także cokolwiek jednak wybierzecie to myślę, że będzie warto - w końcu to AUSTRALIA!!! Wiza studencka daje nam możliwość podjęcia legalnej pracy. Zwykle do Australii możemy przyjechać już miesiąc przed rozpoczęciem nauki, jednak pracę możemy podjąć dopiero po jej rozpoczęciu. Szkoła wydaje nam zaświadczenie dopiero, jak już jesteśmy obecni na zajęciach, z tym musimy jechać do Biura Imigracyjnego, które wystawia nam nową wizę (oczywiście dodatkowa opłata - około 60 $) z zezwoleniem na pracę do 20godzin tygodniowo. W czasie wakacji natomiast możemy pracować na "full time", czyli bez żadnych limitów. Swoją ważność wiza zwykle traci po 1 miesiącu od zakończenia nauki, w tym czasie możemy pracować w pełnym wymiarze godzin. W przypadku osób z "dependent visa", osoba nieuczęszczająca do szkoły może pracować na tych samych warunkach, co partner chodzący do szkoły, jednak przez cały okres pobytu legalnie 20 godzin tygodniowo. (...) W Sydney rynek pracy jest spory, a rotacja duża. Studenci pracują jako informatycy, masażyści, pomoce stomatologiczne, ochroniarze, fryzjerzy itp. Wiadomo, że początki do łatwych nie należą, często skończone studia w kraju niewiele pomogą w znalezieniu wymarzonej pracy i trzeba przełknąć ziarnko goryczy, uczy to także pokory. Nie należy się jednak przejmować, czekają na nas posady kelnerów, pomocy w kuchni, kucharzy, barmanów, sprzątaczy, opiekunów do dzieci lub starszych osób, prace na budowach, układanie półek w supermarketach, kasjerów, sprzedawców itp. Część osób pracuje ponad ustalone normy, lecz ponoszą ryzyko deportowania z kraju w przypadku złapania. Stawka godzinna wynosi zwykle 13-17 AUD, znam też takie osoby, które zarabiają nawet 25 AUD - wszystko zależy od szczęścia i poziomu języka angielskiego. Jak szukać? Sami wiecie czego chcecie i wiem z doświadczenia moich znajomych, że nie ma sensu płacić w Polsce za pośrednictwo pracy - na miejscu często bywało tak, że praca owszem - w niektórych przypadkach na nich czekała, ale nie było to to co sobie wyobrażali i w zasadzie po kilku dniach pracy w takim miejscu rezygnowali i szukali na własna rękę i naprawdę nie było problemu ze znalezieniem, ale fakt faktem, że za pośrednictwo zapłacili i to wcale nie mało... Wystarczą dobre chęci i praca naprawdę się znajdzie - ja nie miałem z tym najmniejszych problemów. Dobra rada dla wszystkich poszukujących pracy w Australii - najlepszym sposobem jest chodzenie osobiście od drzwi do drzwi, aż do skutku, trochę wiary w siebie i szczęścia, aż w końcu ktoś nas zatrudni. Najczęściej pierwsza praca nie jest najlepsza, ale JEST! Przydatne też są znajomości, ale na te ciężko nam liczyć na początku, może z czasem. Ja początkowo robiłem hamburgery i kurczaki, myłem gary (13 AUD/h), pilnowałem dziecka (12 AUD/h), przez internet znalazłem pracę w agencji jako "wszystko do kuchni" (15 AUD/h), a później poprzez znajomości dostałem pracę w warsztacie, gdzie produkowałem stoły i inne wyroby z włókna szklanego (14 AUD/h) lub dodatkowe wieczorne prace na zlecenie (do 20 AUD/h). Wtedy odkładałem na podróże, a o to właśnie chodziło. Po raz kolejny miałem okazję nauczyć się czegoś nowego, no i z większym szacunkiem wydawać ciężko zarobione pieniądze. Zresztą Polacy mają dobrą opinię, a sami się zdziwicie, ile rzeczy potraficie robić, przede wszystkim to się nie bać pracy, podołacie wszystkiemu. Jeżeli pracujemy dla jakieś większej firmy, to często bywa, że stawki niedzielne są dwukrotnie wyższe. (...) Sydney to bardzo ciekawe miasto, do tanich jednak nie należy. Jednak studenci pracując przez 20h/tyg spokojnie potrafią się utrzymać. Najlepszą sytuacją jest, gdy szkoła, praca i miejsce zamieszkania znajdują się blisko siebie. Oszczędza się czas i pieniądze na przejazdach. Szkoły zwykle są w okolicach centrum. Standardowy pokój do wynajęcia i dzielenia go z drugą osobą to koszty rzędu 100 - 150 AUD (ceny podaję na tydzień), zależnie od komfortu, wyposażenia i lokalizacji. Zawsze oczywiście można znaleźć coś droższego :) Gdzie szukać? Dobrą sprawą jest poczytanie tablic ogłoszeniowych w szkołach lub zwyczajnie kupić gazetę i zamieszczone w niej ogłoszenia itp. Możecie również zamieszkać u rodziny australijskiej - homestay. Jest to naprawdę świetna opcja, ponieważ macie dach nad głową, wyżywienie, poznajecie kulturę Australijczyków i co najważniejsze - porozumiewacie się w języku angielskim z domownikami a co za tym idzie - szkolicie swój angielski co według mnie jest największym atutem homestay. Wyżywienie to bardzo trudny wydatek do określenia (aczkolwiek nie zawracacie sobie tym głowy w przypadku homestay). Na pewno nie ma tu powodu, aby oszczędzać. Z pewnością najbardziej ekonomiczną sprawą jest zaopatrywanie się w supermarketach i przyrządzanie posiłków samemu. Owoce i warzywa warto kupować na targu. Bez większych problemów można się wtedy zamknąć w 70 AUD/tyg, ale to jest bardzo indywidualna sprawa. Warto opuszczając Polskę wyrobić sobie międzynarodowe prawo jazdy, jest to tylko kwestia zapłaty w Urzędzie Miejskim. Na czas nauki jesteśmy ubezpieczeni, więc w razie nieszczęśliwego wypadku koszty w większości zostaną nam zwrócone przez Medibank Private. (...)Sydney należy raczej do bezpiecznych miast, lecz wypadki zdarzają się, jak wszędzie. Przez ponad rok pobytu widziałem tylko jedną bójkę uliczną, a w dodatku pomiędzy Azjatami. Ludzie są bardzo otwarci i pomocni, a słyszane wszędzie z uśmiechem na twarzy "how is going?" oraz "no worries mate" najlepiej oddaje ich przyjazną naturę. Dla mnie Australię tworzą ludzie. Ludzie, których styl mi naprawdę odpowiada. Po skończeniu pierwszego roku szkoły zmieniłem sobie wizę studencką na turystyczną i zacząłem intensywniej zwiedzać kontynent. Postanowiłem też, że wrócę tu kontynuować drugi rok kursu. (...) Jestem już w Polsce, a Australia pozostała tylko na zdjęciach i we wspomnieniach. Ale te są miłe i często do nich wracam. Dobrze wspominam taki zwykły powszedni dzień, czując tą niezwykłą atmosferę Sydney, którą głównie tworzą ludzie. Australijski luźny styl życia po prosu mi imponuje, tak jak oni sami mówią na każdym kroku: "no worries mate". To tak w telegraficznym skrócie moje refleksje z półtora rocznego pobytu na Antypodach. W sumie tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Podobało mi się na tyle, że postanowiłem wrócić do Sydney i kontynuować kurs turystyki, aż do uzyskania poważniejszego dyplomu. To już wszystko, co miałem do przekazania, mając nadzieję, że ułatwi to Wam rozpoznanie nowego terenu. Pozostaje tylko życzyć szerokiej drogi oraz ciekawego spędzania czasu na tej cudownej australijskiej ziemi. Serdeczne pozrowienia dla wszystkich odwiedzających tą stonę i dla całej ekipy Surfers Paradise